(02.04.2020) Pandemia koronowirusa - lek. med. Przemysław Pala

Przed 4 tygodniami pisałem o nadchodzącej epidemii COVID -19, natomiast w dniu dzisiejszym jest ona już obecna w Polsce i wpłynęła znacząco na życie większości obywateli. Sytuacja jest tak dynamiczna, że każdy tekst na ten temat po kilku dniach staje się nieaktualny, jednak wysilę się na analizę obecnego stanu zagrożenia. Gdy kończyłem pisać artykuł do poprzedniego numeru „Optymalnych” nie mieliśmy jeszcze ani jednego potwierdzonego przypadku zachorowania na koronawirusa więc nie można było mówić jeszcze o epidemii, natomiast dzisiaj jest ich około 2500 i stale przybywa, a Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła pandemię. Według definicji epidemią określa się występowanie w określonym czasie i na określonym terenie przypadków zachorowań w liczbie większej niż oczekiwana, czyli było nią już pojawienie się w naszym kraju 3 przypadków COVID -19. Pandemią określa się epidemię dotyczącą całego świata. Jak widać z definicji nie ma określonej liczby zachorowań, która decydowałaby o określeniu ich jako epidemię czy pandemię, bierze się natomiast pod uwagę ponadprzeciętną ilość przypadków. Pandemie zdarzają się co jakiś czas i dotyczą obecnie wyłącznie chorób wywoływanych przez wirusy. Prawdopodobnie największa pandemia miała miejsce 101 lat temu i była wywołana przez wirus grypy zwanej hiszpanką. Na całym świecie zmarło około 50 milinów ludzi, a zamieszkiwało ją wtedy niecałe 2 miliardy, co daje śmiertelność około 2,5%. Oznacza to, że na 100 ludzi zmarło 2,5, co jest wartością niesamowicie wysoką zważywszy, że większość populacji jednak nie zachorowała. W XX wieku mieliśmy jeszcze grypę azjatycką i grypę Hong-Kong, które spowodowały po około 1 milionie zgonów, natomiast z XXI wieku pamiętamy grypę A/H1N1. Ta ostatnia to około pół miliona ofiar śmiertelnych. Wszystkie epidemie razem wzięte z ostatnich 100 lat mają się nijak do hiszpanki, ponieważ ich sumaryczna śmiertelność nie przekroczyła 0,05% populacji Ziemi. W porównaniu do poprzednich pandemii nasza obecna liczbowo wypada na razie znacznie słabiej, ponieważ zanotowano około 40 tysięcy przypadków śmiertelnych, co nie wydaje się aż tak przerażające. Większość ludzi lękiem napawa nie sama liczba przypadków, ale fakt że stoimy obecnie na początku pandemii i nie wiemy w jaki sposób może się ona rozwinąć. Przed miesiącem pisząc o COVIV -19 opierałem się na dostępnych wówczas danych dotyczących koronawirusa, które to pozwalały przypuszczać, że przebieg będzie podobny do epidemii grypy. Większość informacji na ten temat pochodziła z Chin, gdzie epidemia się rozpoczęła. Niestety, okazuje się, że z Chin dochodzą głównie informacje, które przekazują nam sami Chińczycy, a te są przez nich kontrolowane. Po pojawieniu się zachorowań w Europie przekonaliśmy się, że większość tego co wiedzieliśmy jest prawdą, za wyjątkiem jednej małej liczby, która w epidemii ma ogromne znaczenie. Okazało się, że śmiertelność choroby jest rzeczywiście nieznacznie wyższa niż w popularnej grypie, większa niż podawano jest jednak zakażalność wirusa. Miesiąc temu sądziliśmy, że jeden chory na COVID -19 zakaża 1,6-1,8 osoby (grypa to 1,5), natomiast obecnie szacuje się, że współczynnik ten wynosi 3! Na pozór różnica wydaje się niewielka, ale jeżeli policzymy ilość zakażeń w poszczególnych w krokach to widzimy ogromną rozbieżność. W grypie 1 chory zaraża 1,5 osoby, to pierwszy krok, który daje nam 2,5 osoby licząc z pierwszym pacjentem. Te 1,5 osoby zarażają 1,5 osoby każda i mamy z nimi 4,75 w drugim kroku (1,5x1,5=2,25 2,25+2,5=4,75), trzeci to 8, czwarty krok to 13 osób. Jeżeli jednak chory zaraża 3 osoby to znaczy, że w czwartym kroku będzie ich 121 (oto wyliczenie: a.1x3=3 3+1=4 b. 3x3=9 9+4=13 c. 9x3=27 27+13=40 d. 27x3= 81 81+40=121). Dziesiąty krok to już prawie 60 000. Ta drobna różnica diametralnie zmienia rokowania co do przebiegu epidemii. To właśnie ta mała liczba 3 spowodowała, że państwo zmuszone zostało do podjęcia działań mających na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa, ponieważ nie jesteśmy przygotowani na tak dużą liczbę zachorowań w krótkim czasie. Należy przy tym pamiętać, że w Polsce mamy do czynienia nie z jednym ale z kilkoma ogniskami. Gdybyśmy nie podejmowali żadnych działań to wkrótce mielibyśmy 20 milionów zakażonych, z czego zmarłoby ponad 100 tysięcy, czyli około 0,3% populacji, stąd decyzje państwa o ograniczeniu kontaktów międzyludzkich. Oczywistym jest, że osoba odizolowana nie będzie zarażać następnych. Po podjęciu odpowiednich kroków liczba wszystkich chorych powinna wynieść kilkadziesiąt, może sto kilkadziesiąt tysięcy, a szczyt zachorowalności przypadnie w połowie kwietnia. Będziemy wtedy notowali od 1 do 3 tysięcy nowych potwierdzonych zachorowań dziennie, co w skali kraju nie powinno powodować jeszcze katastrofy, zważywszy, że większość nie będzie wymagała hospitalizacji. Uważam, że roczna śmiertelność społeczeństwa statystycznie nie zwiększy się w sposób zauważalny, ale podjęte działania odbiją się w wielu dziedzinach życia społecznego. Tak duża zakażalność koronawirusa jest spowodowana tym, że do tej pory ludzie nie mieli z nim do czynienia i nie posiadamy na niego odporności. Po wniknięciu do ludzkiego organizmu wirus namnaża się bez przeszkód i niszczy dotknięte narządy dopóki nie zaktywizuje się układ odpornościowy i wyprodukuje przeciwciała, które go zniszczą. Niestety u pacjentów z obniżoną odpornością dochodzi czasem do rozwoju choroby i wystąpienia ciężkich objawów, a nawet śmierci, ponieważ układ immunologiczny nie zdąża z wytworzeniem przeciwciał. U większości osób choroba nie doprowadza jednak do takiego stanu, a część nie ma zupełnie żadnych objawów i tak powinno przebiegać zakażenie u ludzi zdrowych z prawidłową odpornością, ponieważ wirus jest niszczony zanim spowoduje szkody w organizmie. Z dostępnych statystyk można wywnioskować, że koronawirus nie jest zarazkiem o dużej zjadliwości, a problemem jest właśnie brak odporności w populacji ludzkiej. Gdyby dzisiaj na świecie po raz pierwszy pojawił się wirus grypy i nie posiadalibyśmy na niego odporności, to zabiłby nie 0,3, ale od kilku do kilkunastu procent społeczeństwa. Za kilka lat koronawirus będzie powodował prawdopodobnie wystąpienie jedynie objawów przeziębienia lub po prostu przestanie być chorobotwórczy ponieważ w populacji ludzkiej wytworzy się na niego odporność. Przypadki o ciężkim przebiegu będą zdarzały się wyjątkowo. Z podanych ostatnio przez media informacji wynika, że w Polsce przeprowadzono do tej około 55 tysięcy testów u ludzi chorych, a u ponad 2 tysięcy pacjentów stwierdzono obecność koronawirusa. Oznacza to, że większość pacjentów (53 tysiące) jest chora na inne choroby niż COVID-19 i prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się czy więcej ludzi umrze z tych 2, czy z tych 53 tysięcy.

Oczywiście koronawirusa należy się obawiać, ale nie trzeba popadać w panikę, zwłaszcza jeżeli jest się zdrowym, dobrze odżywionym człowiekiem. Postępujmy zgodnie z zalecaniami władz, jednak należy pamiętać, że to wewnątrz nas znajduje się najważniejszy mechanizm ochronny przed wirusami i możemy dbać o niego poprzez odpowiednie odżywianie. Osoby stosujące żywienie optymalne są znacznie mniej podatne na choroby zakaźne i tyczy się to też COVID-19, ale musimy zdawać sobie sprawę, że po kontakcie z nosicielem same przez jakiś czas mogą przenosić wirusa.

lek. med. Przemysław Pala